POPRZEDNIA STRONA

Zbrodnia w Ponarach

Zbiór artykułów na temat zbrodni dokonanej w Ponarach.

Wszystkie one ukazały się w Naszym Dzienniku Nr 109 (1605) z 12 maja 2003.

 

"Tylko dlatego, że byliśmy Polakami"
12 maja - Dzień Ponarski

Doły śmierci

Obok kłamstwa katyńskiego istniało też kłamstwo Ponar - największego miejsca kaźni Polaków na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Jednak o ile każdy z Polaków zna grozę dołów katyńskich, o tyle zbrodnia ponarska zupełnie nie istnieje w świadomości narodowej, a kolejne rządy po 1990 r. bardzo mało zrobiły w tej sprawie. A przecież doły ponarskie są jeszcze bardziej przerażające, bo umierali w nich nie tylko dorośli mężczyźni, lecz także kobiety, dzieci i młodzież.
W 1940 r. Sowieci zaczęli w Ponarach pod Wilnem budowę bazy paliw płynnych dla samolotów. Zrobili pięć ogromnych wykopów. W okresie okupacji niemieckiej nad te doły Litwini spędzali ofiary - Polaków i Żydów - i rozstrzeliwali je z broni maszynowej. Od lipca 1941 r. do lipca 1944 r. zamordowano w ten sposób około 100 tysięcy ludzi! Życie straciło kilkanaście tysięcy niewinnych Polaków, prawdopodobnie około 20 tys. - zginęli tylko dlatego, że byli Polakami.
Ludobójstwa w Ponarach dokonywał podległy niemieckiemu gestapo litewski Ochotniczy Oddział Strzelców Ponarskich, zwany Ypatingas Burys. Rekrutował się głównie z członków paramilitarnej organizacji nacjonalistycznej Lietuvos Szauliu Sajunga (Związek Strzelców Litewskich), której liczebność w 1940 r. osiągnęła 62 tysiące. Polacy nazywali ich w skrócie szaulisami - od litewskiego słowa "s~Jaulis" - strzelec.
Mordy na Polakach dotyczyły najwartościowszych przedstawicieli społeczności polskiej: inteligencji, duchowieństwa, żołnierzy i oficerów Armii Krajowej oraz innych organizacji niepodległościowych. Szczególna gorliwość Litwinów - budujących chore wizje "wielkiej Litwy" pod parasolem "tysiącletniej Rzeszy" - w mordowaniu Polaków wynikała z antypolskiej propagandy nacjonalistycznej, wspieranej umiejętnie przez Niemców. Społeczność litewska w przedwojennym Wilnie stanowiła zdecydowaną mniejszość: niewiele ponad 2 proc. W zbrodniczych umysłach zrodził się więc straszny plan: wystarczy zabić część Polaków, pozostałych zastraszyć i zmienić im nazwiska, a miasto stanie się "czysto" litewskie. Informowały o tym na bieżąco raporty Delegatury Rządu RP na Kraj: "Litwini zawiedzeni w swych nadziejach przez Niemców jeszcze bardziej pragną zemsty nad pokonanymi Polakami. Stale grożą, że po wymordowaniu Żydów przyjdzie kolej na Polaków" (maj 1942). "Wileńszczyzna w dalszym ciągu jest terenem najcięższego na obszarze ziem wschodnich Rzeczypospolitej terroru politycznego, w którym Litwini prześcigają się z Niemcami" (sierpień 1942).
Polacy mordowani w Ponarach przechodzili najpierw okrutne śledztwo, najczęściej w więzieniu na Łukiszkach lub w areszcie gestapo przy ul. Ofiarnej w Wilnie. Stamtąd przewożono ich ciężarówkami na miejsce zbrodni. Zachowane relacje budzą do dziś lęk i grozę. Na przykład grupie polskich harcerek kazano rozebrać się do naga, następnie puszczono psy, by rozszarpały ofiary, które potem dobijano nad dołami ponarskimi.
Przez dziesięciolecia komunizmu budowano pracowicie w Związku Sowieckim gmach kłamstwa ponarskiego. Stawiano pomniki, z których wynikało, że ofiarami zbrodni byli obywatele sowieccy!
Na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie mieszkają tysiące Polaków. To im przede wszystkim należy się pełna prawda o Ponarach i jasne stanowisko władz litewskich wobec tej zbrodni. Tu nie ma miejsca na "politykę". Prawda o Ponarach musi też trafić do polskich podręczników szkolnych i stać się częścią narodowej świadomości. To nie jest tylko sprawa Stowarzyszenia "Rodzina Ponarska" i dzielnej strażniczki pamięci - pani Heleny Pasierbskiej-Wojtowicz z Gdańska.
Mamy nadzieję, że strony ponarskie "Naszego Dziennika", publikowane w Dniu Ponarskim - ustanowionym na pamiątkę największej egzekucji polskiej młodzieży 12 maja 1942 r. - przyczynią się do tego dzieła.
Szczepan Surdy

 



Oddali życie za Boga i Ojczyznę
Relacja Piotra Wróblewskiego, więzionego na Łukiszkach alumna Wileńskiego Seminarium Duchownego

"Któregoś dnia, wiedziony z kolegami do łaźni mijałem się z grupą chłopców potwornie skatowanych. - To uczniowie gimnazjum Mickiewicza i Słowackiego - usłyszałem czyjś głos obok. Jeden z nich ledwie się poruszał, pochylony z twarzą poranioną i opuchniętą. Jego ręce omalże sięgały ziemi. (...) - Nie boicie się śmierci? Nie żal wam życia? Kim ty jesteś? - pytałem. Padło nazwisko, bodajże Kowalewicza i głos po chwili milczenia spokojnie, odważnie przekazywał dalej coś w rodzaju testamentu: 'Słuchaj, kimkolwiek jesteś, wiedz, że wyrok śmierci nie pokonał żadnego z nas. Solidarni i świadomi wagi chwili oddajemy życie za Boga i Ojczyznę. Wierzymy, że to, o co walczyliśmy, nie zginie. Sprawę podejmą inni... Polska powstanie wolna i niepodległa... Powiedz to innym... Nie załamał się nikt. Wierzymy, że naszym życiem, naszą śmiercią rozporządza Opatrzność, więc jesteśmy spokojni i ufni'".

Fragment dziennika Kazimierza Sakowicza, oficera Armii Krajowej, który od lipca 1941 r. do śmierci 5 lipca 1944 r. (został śmiertelnie raniony przez litewskich policjantów) prowadził zapiski dotyczące zbrodni w Ponarach

"17 września - piątek, 1943 r. Około 8 rano dowiaduję się, że na bazę zajechała przed chwilą ciężarówka, szczelnie zakryta. Idę na przejazd. Koło bramy na bazę stoi gestapowiec. Na bazie cicho. Wkrótce jednak pada salwa (gdzie jama Rudzińska). Znów cicho, znów salwa; czas mija. Ogółem 5 salw. Słyszę, że pracuje motor; aha, to znak, że koniec i że wracają. Wkrótce ciężarówka mija przejazd; z tyłu widać, jak Litwini oglądają rzeczy skazańców. Przysypani zostali bardzo nieznacznie, tak że pod cienką warstwą żółtego piasku wyraźnie rysowały się tułowia zamordowanych. (...) Po pewnym czasie z bazy wracają 2 szaulisi. Zaczyna się rozmowa. Cóż okazuje się, że strzelali 'polskich adwokatów i doktorów'! Strzelano po dwóch naraz, rozebranych. Trzymali się fajnie, nie płakali i nie prosili, tylko żegnali się ze sobą i przeżegnawszy się - szli. Łachy prawie wszystkie pojechali, zostały się m.in. buty 'eleganckie, długie buty' i jeszcze coś trochę - informuje szaulis, bratanek Kułaskis ze Skorbucian, zaufanego Litwina, stałego odbiorcy rzeczy pomordowanych, którego brat rozstrzeliwuje".

 



Jeśli zapomnimy o nich... Doktor Kazimierz Pelczar
Profesor Konrad Górski napisał: "Ktokolwiek mówiłby o Kazimierzu Pelczarze rzeczy nie tylko dobre, ale najlepsze z możliwych, nie powinien być posądzony o przesadną idealizację...".

15 września 1943 r. został zastrzelony w Wilnie, z wyroku sądu specjalnego Armii Krajowej, niejaki Marianas Padabas - inspektor policji litewskiej, konfident gestapo, odpowiedzialny za śmierć wielu młodych polskich konspiratorów. Wydarzenie to zostało wykorzystane przez Niemców i współpracujących z nimi Litwinów do akcji specjalnej skierowanej przeciwko polskiej inteligencji w Wilnie. Aresztowano 100 osób jako zakładników. Już 17 września dziesięciu z nich Litwini zamordowali w Ponarach. Byli to: Mieczysław Engiel (adwokat), Eugeniusz Biłgorajski (kapitan WP), Kazimierz Iwanowski (por. WP), Kazimierz Antuszewicz (inżynier), Włodzimierz Manrik (urzędnik), Mieczysław Gutkowski (profesor USB), Stanisław Grynkiewicz (urzędnik skarbowy), Tadeusz Lothe (urzędnik), Aleksander Orłowski (technik budowlany) oraz Kazimierz Pelczar.
Doktor Kazimierz Pelczar był wybitnym lekarzem, zajmującym się m.in. nowotworami złośliwymi. Znany i szanowany w świecie lekarskim w całej Europie, doktoryzował się na UJ w Krakowie, w Berlinie i w Paryżu. Utworzył w Wilnie Zakład Leczniczo-Badawczy dla Chorych na Nowotwory, "który był jakby jego darem dla najbiedniejszych z biednych, chorych na różne postacie nowotworów, skazanych w owym czasie na zagładę, okrutnie cierpiących" (L.J. Kłoniecki). Znany był także w świecie medycznym z licznych publikacji poświęconych gruźlicy, gośćcowi, dusznicy bolesnej i cukrzycy. Po wybuchu wojny otrzymał propozycje wyjazdu m.in. do Londynu. Odmówił. Zorganizował, korzystając ze swych kontaktów zagranicznych, znaczącą pomoc dla poszkodowanych, zwłaszcza dzieci, w ramach Komitetu Polskiego Pomocy Ofiarom Wojny oraz Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Współpracował ze służbami sanitarnymi Okręgu Wileńskiego AK. Pośpiech, z jakim go zamordowano kilka godzin po aresztowaniu, trudno racjonalnie zrozumieć: umiejętności i kompetencje medyczne dr. Pelczara mogły być przydatne także Litwinom. Przeważyła jednak nienawiść do doktora jako Polaka. W chwili śmierci miał 49 lat.
psz

 



Jeśli zapomnimy o nich...Ksiądz Romuald Świrkowski
5 V 1942 r. zamordowano w Ponarach ks. Romualda Świrkowskiego, proboszcza parafii Św. Ducha w Wilnie, przedstawiciela Kurii Arcybiskupiej w Okręgu Wileńskim ZWZ-AK. Przed wojną był sekretarzem Akcji Katolickiej w archidiecezji wileńskiej.

Od 1911 r. ks. Świrkowski był proboszczem parafii Rukojnie, potem w Szczuczynie, Miorach i Słonimie. Wszędzie służył z wielkim sercem. Poza obowiązkami duszpasterskimi rozpowszechniał prasę katolicką, zakładał biblioteki parafialne, organizował teatrzyki amatorskie, prowadził kursy, wycieczki, imprezy sportowe. Pomagał zdolnej młodzieży i organizował akcje charytatywne.
W 1936 r. został sekretarzem archidiecezjalnym Akcji Katolickiej i kapelanem Sióstr Wizytek przy kościele Najświętszego Serca Jezusowego i św. Franciszka Salezego przy Rossie. Podczas okupacji sowieckiej w mieszkaniu księdza odbywały się spotkania konspiracyjne.
Tuż przed wkroczeniem Niemców do Wilna ks. Świrkowski został proboszczem parafii Św. Ducha obejmującej centrum miasta. Dalej brał udział w działalności konspiracyjnej i pomagał Żydom z pobliskiego getta. Za to został aresztowany 15 stycznia 1942 r.
W więzieniu na Łukiszkach siedział w jednej celi z ks. Stanisławem Bielawskim, który wspominał: "Kilka dni po aresztowaniu wzięto go na badanie, po którym wrócił skatowany. Oskarżono go o przynależność do kierownictwa wileńskiego AK".
Ksiądz Romuald Świrkowski został rozstrzelany razem z dużą grupą młodzieży. Na miejscu kaźni ukląkł i modląc się, zwrócony twarzą ku przywiezionym razem z nim chłopcom, czynił znak krzyża. W takiej pozycji dosięgły go kule litewskich szaulisów.
Kilka dni później na plebanię kościoła Św. Ducha przyniesiono portmonetkę, a w niej kartkę ze słowami: "Wiozą nas na Ponary - ks. Świrkowski". Wyrzucił ją w czasie drogi na stracenie, by dać znak. Później dostarczono przyjaciołom skrwawioną i przestrzeloną stułę kapłana, znalezioną w Ponarach.
psz

 


 

Wierni Polsce
W ponarskich dołach mordowani byli nie tylko pojedynczy Polacy, ale również całe rodziny, prześladowane za swą patriotyczną postawę przez wszystkich okupantów, którzy kolejno w latach II wojny światowej rządzili Wilnem: Litwinów, Sowietów, Niemców. Oto losy jednej z nich.

Wileńska historia rodziny Warachowskich, pochodzącej z centralnej Polski, z okolic Płocka, gdzie posiadali majątek Zegartowice, utracony w okresie powstań w XIX w., to przede wszystkim historia trojga rodzeństwa mojego dziadka Adama Warachowskiego: jego dwóch sióstr i brata, oraz ich najbliższych.
Przemysław Warachowski był najmłodszym bratem Adama. W czasie okupacji sowieckiej, a później niemieckiej prowadził działalność konspiracyjną w szeregach Armii Krajowej. Był oficerem, przyjął ps. "Witeź". Również jego dwie siostry: Bożenna Gortowa ps. "Goplana" i Stanisława Tobjaszowa, a także jej mąż Józef Tobjasz ps. "Niemirycz" należeli do AK.
Najwcześniej, bo już jesienią 1939 roku rozpoczął działalność konspiracyjną mąż Bożenny, Toedor Gorta. Był dyrektorem Liceum Handlowo-Administracyjnego, wielu jego uczniów i uczennic składało na jego ręce przysięgę akowską, m.in. siostrzeniec Stefan Tobjasz, zamordowany przez Niemców. Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Wilna w 1940 roku Teodorem zainteresowało się NKWD. Wczesną wiosną 1941 roku wuj został aresztowany i uwięziony na Łukiszkach. Stamtąd wywieziono go na wschód, gdzie ślad po nim zaginął.
Bożenna Gortowa kontynuowała działalność konspiracyjną razem z bratem Przemysławem Warachowskim i szwagrem Józefem Tobjaszem. Prowadziła m.in. ewidencję żołnierzy AK. Dom rodzinny Gortów i Tobjaszów przy ul. Połockiej 9 na Zarzeczu był ważnym miejscem kontaktowym, punktem odpraw łączników z Wilna i z terenu (m.in. Bolesława Skoczkowskiego zamordowanego później w Ponarach), kolportażu prasy podziemnej; tu odbywały się też konspiracyjne narady.
Za swoją działalność niepodległościową Bożenna Gortowa od 13 czerwca do 30 listopada 1942 roku była więziona na Łukiszkach.
Przemysław Warachowski ps. "Witeź", urodzony w 1907 roku, ukończył w Wilnie Instytut Nauk Handlowo-Gospodarczych. Pracował w Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży. Uciekając jesienią 1939 r. z żoną i trzema synkami przed bolszewikami, zatrzymał się u swojej siostry Bożenny Gortowej w Wilnie. Podjął działalność konspiracyjną w szeregach ZWZ-AK, współpracując najściślej z Józefem Tobjaszem.
Józef Tobjasz, urodzony w 1905 roku w Mińsku Litewskim, pracował jako nauczyciel, studiując jednocześnie na Wydziale Prawa i Nauk Społecznych na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku. Dostał się do niewoli sowieckiej do obozu w Kozielsku. Został jednak zwolniony, gdyż nie posiadał stopnia oficerskiego. Wrócił pieszo do domu na początku grudnia 1939 roku, krańcowo wyczerpany i zagłodzony. Od września 1940 roku był wychowawcą klasy maturalnej w Gimnazjum Ojców Jezuitów przy ul. Wielkiej. Uczniowie lubili go i cenili. 21 czerwca 1941 roku, w przeddzień wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, Józef Tobjasz wraz z prof. Ananiaszem Rojeckim w pośpiechu zwołali radę pedagogiczną dla zatwierdzenia zdanych egzaminów i wystawienia świadectw. Pośpiech okazał się uzasadniony - parę godzin później na Wilno spadły pierwsze bomby niemieckie.
Józef Tobjasz został bez pracy. By utrzymać rodzinę, razem z jednym z wykładowców Uniwersytetu im. Stefana Batorego podjął się piłowania drzewa.
Dnia 23 kwietnia 1942 r. Niemcy aresztowali Józefa Tobjasza, a sześć dni później, 29 kwietnia - Przemysława Warachowskiego. Zostali uwięzieni na Łukiszkach i poddani torturom w celu wymuszenia zeznań i podania nazwisk członków AK. Szczególnie Przemysław był bity do nieprzytomności, po przesłuchaniach dwaj strażnicy zaciągali go nieprzytomnego do celi. Ani on, ani Józef nie wydali nikogo.
Dnia 3 grudnia 1942 roku o świcie Józef Tobjasz i Przemysław Warachowski, wraz z 15 innymi żołnierzami AK (m.in. J. Cebrowskim i A. Guzińskim), zostali zamordowani w Ponarach. Przemysław miał lat 37, Józef - 39.
Bożena Bargieł

 



"Tak bardzo chciałabym, by młodzi Polacy poznali uczucia swoich rówieśników sprzed lat, by choć przez chwilę byli z nami..." W pełnym świetle prawdy
Rozmowa z Heleną Pasierbską-Wojtowicz

Wykonała Pani ogromną pracę dla upamiętnienia patriotów polskich zamordowanych w Ponarach: książki i inne publikacje, liczne tablice pamiątkowe w kościołach; jest Pani założycielką i prezesem Stowarzyszenia "Rodzina Ponarska". Od ponad 20 lat zbrodnia ponarska stała się głównym tematem Pani życia.

- To prawda, od wielu lat żyję wspomnieniami o tych, którzy umierali nad dołami ponarskimi. Wiele z tych osób znałam osobiście - przede wszystkim ludzi tak jak ja wówczas bardzo młodych. Nie mogę się pogodzić z myślą, że mogliby zostać kiedyś zapomniani. Aż się prosi, by zacytować w tym miejscu Adama Mickiewicza: "Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie...". Przecież te słowa też odnosiły się do młodzieży wileńskiej, tyle tylko że z początków XIX wieku. Mam przed oczyma twarze, gesty, strzępy słów. Słyszę ciągle kazanie ks. Hlebowicza w kościele św. Anny i słyszę nasz wspólny śpiew: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie...". Tak bardzo chciałabym, by obecni młodzi Polacy poznali uczucia swoich rówieśników sprzed lat, by choć przez chwilę byli z nami. Przede wszystkim jednak pragnę, by zbrodnia ponarska była postawiona w pełnym świetle prawdy, bez światłocieni: "Niech słowa wasze będą tak za tak, nie za nie...". Boli mnie, że Episkopat Litwy, wyrażając w imieniu narodu litewskiego skruchę za zbrodnię ponarską, pomija słowo "Polak", ograniczając tę skruchę tylko do ofiar żydowskich. Boli mnie, gorszy i oburza, że w niektórych środowiskach litewskich zbrodniczy kolaboranci Hitlera przedstawiani są jako postacie "tragiczne" lub wręcz jako bohaterowie narodowi!

Niektórzy mają Pani za złe, że pomniejsza Pani znaczenie ofiar żydowskich w Ponarach.

- Tak mogą mówić tylko ci, którzy nie znają moich książek i nie chcą zrozumieć tego, co nieustannie od lat powtarzam: Żydzi w Ponarach ginęli w ramach zbrodniczej akcji zagłady prowadzonej w całej Europie. To są ofiary niemieckiego szaleństwa, zasługujące na głębokie współczucie i pamięć - tym bardziej że byli obywatelami Rzeczypospolitej. Liczbę zamordowanych w Ponarach Żydów szacuję na 56 tysięcy. Poświęciłam im rozdział w swej książce o Ponarach pt. "Wileńskie Ponary". Mówi o nich cały świat. A kto się zajmie kilkunastoma tysiącami Polaków, którzy ponieśli tam męczeńską śmierć, przeszedłszy przedtem przez śledztwo na Łukiszkach? W polskojęzycznej encyklopedii multimedialnej (onet.pl) hasło "Ponary" objaśnia się następująco: "Miejscowość na Litwie, w pobliżu Wilna. W okresie od lipca 1941 do lipca 1942 Niemcy zamordowali tu 70-100 tysięcy Żydów, głównie z Wilna i okolic". Tylko tyle! Nikczemność czy głupota? A przecież internet to wspaniałe narzędzie, którym zainteresowana jest młodzież. Gwoli sprawiedliwości dodam, że - na szczęście - fatalna notatka w encyklopedii multimedialnej nie jest jedyną internetową wzmianką o Ponarach.

Pani mogła też podzielić los zamordowanych Polaków w Ponarach... Zrządzeniem Opatrzności po siedmiu miesiącach śledztwa na Łukiszkach wyszła Pani na wolność. Czym Pani tłumaczy swoje ocalenie?

- Widocznie nikt mnie nie wsypał w śledztwie, nie potwierdził mojego udziału w konspiracji, a podczas aresztowania nie znaleziono przy mnie żadnych "dowodów". Od początku powiedziałam sobie, że bez względu na okoliczności nie przyznam się i nie dam się nabrać na obietnice: "Przyznaj się, to cię wypuścimy". Wprowadził mnie do konspiracji Przemysław Warachowski "Witeź". Zanim zamordowano go 3 grudnia 1942 r., przeszedł okrutne śledztwo. Nikogo nie wydał. Może więc to jemu zawdzięczam ocalenie? A może po prostu Pan Bóg ocalił mnie, bym mogła teraz wypełnić swą misję? Tym bardziej muszę zrobić teraz wszystko dla tych, którzy poszli na śmierć.

Co szczególnie zapamiętała Pani ze śledztwa na Łukiszkach?

- To byłby temat na osobną, długą rozmowę. Pamiętam twarz doc. dr Wandy Rewieńskiej, geografa z USB, i słyszę do dziś głos litewskiej strażniczki: "Rewieńska do księdza!". Po powrocie ze spowiedzi powiedziała: "Jadę na Ponary. Na śmierć...".
Więźniów przesłuchiwali Litwini i Niemcy, mnie wyłącznie Litwini. Pytali nieustannie o przynależność do organizacji, kontakty, nazwiska. Byli brutalni i prymitywni. Mój śledczy był ciągle pijany.

Jak Pani myśli, skąd brała się u tych ludzi taka nienawiść do Polaków i Żydów?

- Wiele razy zadawałam sobie pytanie, gdzie leży przyczyna tylu zbrodni i niegodziwości. Po latach dochodzę do wniosku, że Litwini byli święcie przekonani o ostatecznym tryumfie Hitlera. Postawili na niego i na swoją przyszłość u jego boku. A ponieważ zwycięzcy nie muszą się z niczego tłumaczyć, nie spodziewali się, że kiedyś przyjdzie czas rozliczeń. Żydzi zabierali ze sobą w drodze do Ponar wszystko, co mieli najcenniejsze. Nie wiedzieli, że idą na śmierć. Zabijano ich nagich (podobnie jak Polaków). Był więc dodatkowy motyw morderczej gorliwości - rabunek.

Założyła Pani Stowarzyszenie "Rodzina Ponarska" i jest Pani jego prezesem. Jakie są cele "Rodziny"?

- Jak pan wie, działa w Polsce "Rodzina Katyńska". To piękna, mądra idea. Czym różni się dół ponarski od katyńskiego? Tym, że jest jeszcze bardziej przerażający, bo umierali w nim nie tylko mężczyźni - wojskowi, gotowi zawsze na śmierć (choć nie tak haniebną). "Rodzina Ponarska" skupia ludzi bliskich Polakom zamordowanym w Ponarach: rodzeństwo, córki i synów, krewnych, przyjaciół. Chcemy zebrać jak najwięcej dokumentów i relacji dotyczących zamordowanych Polaków. Mimo upływu tylu lat ciągle otrzymuję nowe materiały, więc nie uważam swej misji za zakończoną. W nowych wydaniach moich książek pojawią się nowe treści. Ponadto za swoje zadanie uważamy upamiętnianie ofiar. Dzięki staraniom "Rodziny Ponarskiej" mamy już tablice w warszawskim kościele dominikanów przy ul. Freta, w bazylice NMP (kaplica Ostrobramska) w Gdańsku, w kościele Św. Ducha w Białymstoku, w kościele Ojców Dominikanów w Lublinie i Poznaniu, w Sanktuarium Nowych Męczenników (kaplica ks. Jerzego Popiełuszki) w Bydgoszczy, w kościele MB Ostrobramskiej w Olsztynie, w kościele garnizonowym we Wrocławiu, w kościele NMP przy ul. Świętojańskiej w Gdyni, w kościele św. Jacka w Słupsku, gdzie pomogło nam Towarzystwo Miłośników Wilna i Grodna. To samo Towarzystwo ufundowało tablicę w Toruniu (kościół Ojców Jezuitów). Wileńscy akowcy ufundowali tablice w Szczecinie (ul. Słowicza) i w Łodzi.

To bardzo dużo. Dlaczego więc, Pani zdaniem, tylko co dziesiąty zapytany na ulicy człowiek wie cokolwiek o Ponarach?

- Jest pan optymistą. Byłoby dobrze, gdyby wiedział co dziesiąty... Połowa z tych, którzy cokolwiek wiedzą, ma takie o Ponarach pojęcie jak autor cytowanego hasła z encyklopedii multimedialnej. O Ponarach nie mówi się w szkołach na lekcjach historii. To zasadnicza przyczyna ignorancji. Na przeszkodzie stoją źle, powierzchownie rozumiane tzw. stosunki dobrosąsiedzkie z Litwą. A przecież milczenie przynosi dokładnie odwrotny skutek: Litwini nas nie szanują i są wobec nas nieufni. Ile razy trzeba powtarzać, że tylko prawda nas wyzwoli? Czy można budować na kłamstwie i przemilczeniach? Czy domaganie się oficjalnego "przepraszam" jest żądaniem "antylitewskim"?

Jak Pani ocenia zaangażowanie oficjalnych polskich czynników w ujawnianiu okoliczności zbrodni ponarskich i upamiętnieniu ofiar?

- Oceniam je jako dalece niewystarczające. Co prawda przed trzema laty postawiono w Ponarach nowy krzyż i zbudowano kwaterę polską z nazwiskami niektórych zamordowanych, a ówczesny premier napisał, że "obok kłamstwa katyńskiego istniało też kłamstwo Ponar", że to "trudna sprawa między narodami Polski i Litwy", ale "nie możemy udawać, że zbrodni tej dokonali 'nieznani sprawcy'; większość z nich jest znana, i to z nazwiska". Na tym się jednak skończyło. Od dwóch lat IPN prowadzi niezakończone jeszcze śledztwo, z którym wiążemy pewne nadzieje. Wiążemy też nadzieje z działalnością edukacyjną, popularyzatorską IPN. Spodziewamy się, że konferencja w Gdańsku, która odbyła się 9 maja 2003 r., jest dopiero jej początkiem.

W jaki sposób można pomóc w działalności "Rodziny Ponarskiej"?

- Czekamy na przyjaciół popierających naszą działalność. Nie tylko rodziny ofiar mogą być z nami. Zapraszamy do Stowarzyszenia i do wspierania nas - czy to przez uczestnictwo w konferencjach, w uroczystościach, czy przez składkę na działalność - każdego Polaka, któremu leży na sercu, by prawda o Ponarach zajaśniała pełnym blaskiem. Zainteresowanych proszę o kontakt telefoniczny: (58) 556 61 59. Apeluję też do wszystkich, którzy mogliby pomóc w skompletowaniu zdjęć i dokumentów dotyczących zamordowanych w Ponarach Polaków lub mogliby jeszcze złożyć relacje na ten temat.

Swoje książki wydaje Pani własnym sumptem. Pewnie dlatego mają niewystarczający nakład i są niedostępne w księgarniach.

- Pierwsze wydanie książki "Ponary - wileńska Golgota" sfinansowałam sama. Potem pomagała mi Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, za co wyrażam jej w imieniu "Rodziny Ponarskiej" wielką wdzięczność. W czerwcu ukaże się nowe, poszerzone wydanie "Wileńskich Łukiszek", także subsydiowane przez Radę. Niestety, tylko w nakładzie 500 egzemplarzy. 200 egzemplarzy otrzymają biblioteki, 100 egzemplarzy trafi do Wilna. Gdyby znalazł się ktoś - osoba czy instytucja - kto wsparłby finansowo nowe wydanie "Łukiszek" lub "Ponar" w większym nakładzie, byłaby szansa na upowszechnienie prawdy o zbrodni. Książka w większym nakładzie dotarłaby też do nauczycieli i uczniów zainteresowanych historią najnowszą, na czym szczególnie mi zależy.

Dziękuję za rozmowę. Proszę przyjąć wyrazy głębokiego uznania i szacunku dla Pani szlachetnej misji.

Piotr Szubarczyk